niedziela, 16 kwietnia 2017

"Mój ojciec" część 7 ost.

C.D.



Steve jest przekonany że kawaleria przybyła. Teraz Ross jest w potrzasku a Ann trzeba szybko zabrać do szpitala. Jednak o twarzy Roy 'a nie można powiedzieć, że wyraża strach. Wręcz odwrotnie. Jest podekscytowany. Tylko czym?

-Rzuć broń. - słyszy za sobą głos dziewczyny. Każde słowo wypowiada jakby sprawiało jej to więcej bólu niż rany które nosi.

- Nie odważysz się. -  śmieje się z niej. -  Jesteś zbyt nieudolna. Uwierzyłaś że wróciłem dla ciebie. - pada kolejny strzał tym razem miedzy nogami Ross 'a. Ten znów się śmieje. Steve ma tysiąc myśli na sekundę. Ma plan ale jak go zrealizować kiedy na szali jest życie dziewczyny.- Moja droga... zrobię porządek z tym facetem a potem porozmawiamy. - Ross znów celuje w McGarrett 'a.

- Nie waż się go tknać. - krzyczy przez zaciśnięte zęby dziewczyna.

- Oj... moja mała córeczka się zakochała. To słodkie, ale i obrzydliwe on jest za stary dla ciebie córeczko. Niestety, wiele ludzi podziekuje mi, że usunąłem McGarrett 'a z tej wyspy więc, ... -chwilę myśli chyba chce znów zacząć jakąś durną zabawę -  żebyś nie mówiła że nie dałem ci szansy... masz jeden strzał. Jeśli trafisz to ocalisz swojego chłopaka... Czekam. - żartuje sobie z niej. Wie że nie da rady strzelić celnie z dziurą w ramieniu. Jednak ku zaskoczeniu Steva Ann strzela... celnie. Ross w szoku puszcza broń. Z rany na środku brzucha leje się krew. Nim szok mija McGarrett odsuwa broń Ross 'a kontem oka zauważa jak Ann osuwa się opierając głowę o futrynę drzwi.

-Hej. Trzymaj się. - jej puls słabnie.

-Zrobiłam to. - szepcze. - Zabiłam go. Teraz mogę... zabierzesz mnie na kolacje komandorze? Jest mi zimno... - Steve wie że jeśli zaraz nie znajdzie się w szpitalu umrze. Nie może jej stracić.

- Zabiorę cię wszędzie tylko trzymaj się. - szuka telefonu. Gdzie do cholery jest to wsparcie? Mysli i w tym samym momencie do domu wpada Chin i Danny. Za nimi Lou i cała jednostka SWAT. Ale pogotowia ani śladu- Gdzie ratownicy? - pyta przyjaciela.

- Jakaś kraksa wszyscy tam pojechali... - Danny widząc stan Ann szybko podejmuje decyzję - Zbieraj się zawieziemy ją sami. - w kilka minut docieraja do szpitala. Gdy Ann zabieraja na salę operacyjną ze Steva zachodzą cale emocje i napięcie jakie w sobie trzymał. Siada na ziemi popierając ścianę a łzy ciekna mu po policzkach. Danny siada obok i nie wie co powiedzieć. To straszne co musi teraz czuć Steve.

- Ona nie może umrzeć - szepcze komandor.

- I tego nie zrobi... Steve sam mi kiedyś mówiłeś, że pownienem myśleć pozytywnie. Teraz ty musisz zrobić to samo. - po kilku godzinach do Steva i Danny 'ego wychodzi lekarz .

- Komandorze zrobiliśmy co w naszej mocy...

- Co z nią? - McGarrett dłużej nie wytrzyma tej niepewności.

- Straciła mnóstwo krwi...

- Do jasnej cholery powie mi pan...

- Steve uspokuj się. - gani go przyjaciel. Ten oddycha głęboko aby się uspokoić. Kiedy asytuacja jest opanowana lekarz kontynuuję

- Panna Ross. - Steve na dźwięk tego nazwiska chce znów krzyknąć ale w pore się opanowuje. - To była ciężka operacja i...

- Panie doktorze konkrety. - Danny też już ma dość tego ogólnego gadania.

- Ann żyje, ale nie daje gwarancji że przeżyje noc. - no i dostali o co prosili. Konkret że nie ma co. Gdy tylko przewieziono pacjentke na salę Steve mimo zakazów lekarza usiadł na krześle i trzymając Ann za rękę siedział tak do rana,  mimo namowy przyjaciela nie zostawia jej nawet gdy pojechała na badanie. Nadzieja na pozytywne rozwiązanie gasła gdy Ann nie budziła się po osiemnastu godzinach od operacji. Wtedy McGarrett pierwszy raz odszedł od jej łóżka. Trzy sale dalej leży on. Przeżył postrzał a ona nie ma już szans. Zabił ją. To jego wina. Nie powinien żyć. Leży przytomny pod kroplówką. Ogromna złość wzbiera w komandorze. Zamyka drzwi na klucz i wyjmuje broń. Jest zdeterminowany. Dokończy to co zaczęła Ann. Podchodząc do Ross 'a mierzy mu prosto w skroń. ten nic nie mówiąc patrzy na McGarrett 'a. Te oczy. Takie same ma Ann. To jedyny dowód na to że jest jej ojcem. Jak mogą być tak podobne do jej... wręcz identyczne... Nie może. Nie da rady zabić go z zimną krwią. Nie jest taki. Gdy wraca do Ann ta wciąż śpi. Steve już zaczyna odchodzić od zmysłów. Jedna randka. Tylko tyle dostał od losu. Żałuje strasznie że kolejne są pod ogromnym znakiem zapytania. Kiedy tak siedzi z opartą głową o jej dłoń czuje nagle że ktoś gładzi jego włosy. Podnosi wzrok a tam piękne oczy patrzą na niego zamglonym wzrokiem. Obudziła się. w pierwszej chwili myśli że to sen. Jednak to jawa ona żyje. Takiej radości nie można opisać.

-Steve - dziewczyna ledwo mówi. - Wyglądasz okropnie.

- Ty też - śmieje się.

- Ja miałam trzy kule... ty jaką masz wymówkę ? - jest dobrze jeśli sarkazm jej wrócił jest dobrze, myśli McGarrett.

Po kilku tygodniach Ann wyszła ze szpitala. Pogodzona z myślą że nie zabiła ojca i że on gdzieś tam jest. Steve upewnił się, że Ross już nigdy nie wyjdzie zza krat. Razem zaplanowali podróż. Niezbyt daleką, ale jednak wspólna. Oddział został pod opieką Danno. Nie był zachwycony tym faktem ale nie miał wyjścia. Oczywiście użył wszelkich argumentów żeby Steve nie wyjeżdżał. Koniec końców pogodził się z tym. McGarrett za to był zachwycony wyjazdem z Ann do Los Angeles. Postanowił nawet że odwiedzi swojego starego kumpla z Navy. Jedne co wie że to będzie najlepszy urlop w jego życiu.



                                                           The End :)


Więc koniec. Oby dobrze się czytało.... życzę wam tego. :)
Teraz zajmę się drugim blogiem :) Musze odpocząć od McDanno :) Do zobaczenia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz